RSS
piątek, 08 maja 2009
Nikt na mój widok nie krzyczy: Jak ty schudłeś!

Maciej Chłodnicki: 

Miało być łatwo i przyjemnie ale nie jest. To brutalna prawda, która wali cię w głowę za każdym razem, gdy patrzysz na wagę. Niby parę kilogramów jest mnie mniej, ale co z tego jak oczekiwania były większe. W dodatku tych parę kilo to za mało, żeby liczyć, że nie widziany od dłuższego czasu znajomy, a jeszcze lepiej znajoma krzyknie na twój widok: Ale zeszczuplałeś!

Nic z tych rzeczy. Odchudzanie to ciężka praca. Jeszcze te „nieszczęsne” święta, które wygrały z moją słabą silną wolą.

Czasami nachodzą mnie chwile zwątpienia, że to nie ma większego sensu. Została jednak nadzieją, że jednak może warto, że się uda. A niech tam! Wbiję zęby w chleb chrupki i dalej do roboty. Do następnego ważenia.

14:55, rzeszow-odwagi
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Nordic walking nie dla mnie

Nie pisałam, bo po świętach nie było się czym chwalić: kilogram do przodu. Niestety, niby bardzo się nie objadałam, ale zjadałam po dwa-trzy kawałki ciast dziennie, no i te długie godziny przy suto zastawionym stole - dały efekty. Przybyło mi. Ale już następny tydzień był świetny - minus 1,5 kg! Jest więc ok.

W końcu w ostatni piątek wybrałam się na nordic walking, co planowałam od początku odchudzania. Chyba nie trafiłam na właściwą grupę, bo wyobrażałam sobie, że to sport dla mnie, a zupełnie nie przypadł mi do gustu. Na treningach cyclingu mocno podciągnęłam sobie kondycję i godzina na lajtowym spacerze, po której nie jestem nawet lekko spocona, to godzina stracona. Całkowicie. Poszłam na pierwsze zajęcia zupełnie nowej grupy, ćwiczyłam z osobami już mocno zaawansowanymi wiekiem i choć pogoda była zachwycająca, miejsce też (nad rzeszowskim zalewem) - nie przekonałam się. Być może jest to fajne przy intensywnym treningu, ale ja się nie przekonałam. Za to panie, które tam spotkałam, były zachwycone. Chcą maszerować z kijami trzy razy w tygodniu.

11:06, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 kwietnia 2009
Nowa spódnica w mniejszym rozmiarze

Kupiłam sobie spódnicę. Nie pisałabym tu o tym, gdyby nie to, że pokochałam ją od pierwszego wejrzenia i to wcale nie za jej niezwykłą urodę, a za ... rozmiar. To 40, a udało się mi ją zaciągnąć na tyłek. Trochę dlatego, że jest z rozciągliwego dżinsu. Wprawdzie na razie kieszenie na brzuchu trochę sterczą, ale za kolejne 2-3 kg będzie jak ulał.

To tym bardziej satysfakcjonujące, że jeszcze kilka tygodni temu bywało, że z ciuchami w rozmiarze 44 miałam kłopoty: a to zbyt obciskające, a to guzik nie chciał się dopiąć.

Wczoraj popołudniu ją kupiłam, a dziś założyłam. No i kiedy rano przyszłam do pracy pani Terenia, nasza pani sprzątająca, zagadnęła natychmiast: - Pani Agato, pani ostatnio coś schudła?

Pękałam z dumy. Skoro już pani Terenia widzi, to znaczy, że efekty są.

Potem odbyłam jeszcze kilka rozmów, a pretekstem dla każdej był widoczny ubytek wagi.

Dla takich chwil warto żyć!

18:37, rzeszow-odwagi
Link Komentarze (1) »
środa, 01 kwietnia 2009
Dałam się skusić na brownies z malinami

No Dobra, przyznam się. Dałam się skusić na kawałek brownies, którzy przyniosła do pracy koleżanka. Mniam, mniam... Mocno czekoladowy, pachnący rumem, leciutko kwaskowaty od malin. Po prostu cudowny!

Zaglądaliście kiedyś na blog Majanowe pieczenie? Jeśli jesteście na diecie lepiej tego nie róbcie. Właśnie stamtąd pochodzi przepis na przepyszny brownies z malinami i białą czekoladą.

Gdybym nie była na diecie zjadłabym bez wyrzutów sumienia ze trzy kawałki, a tak tylko pół cienkiego paseczka. Wystarczy. Przyjemność taka sama, wyrzuty sumienia mniejsze. Ale jeśli nie macie silnej woli, lepiej nie próbujcie tego przepisu. To prawdziwe wyzwanie!

10:44, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 marca 2009
Minus 5 kg!!!!!!!

Agata Kulczycka: 

Zaczęłam piąty tydzień diety, a waga pokazuje o 5 kg mniej niż na początku. Jestem bardzo usatysfakcjonowana i zmotywowana do dalszych zmagań ze zbędnymi kilogramami.

Wczoraj wybrałam się na maratom spiningowy - dwie godziny non stop pedałowania pod czujnym okiem trenera. To już mój drugi maraton, czuję się po nim fantastycznie. Ale - niestety - godzinny trening przestaje mi wystarczać. Wychodzę niedotrenowana, a maratonów nie ma w stałej ofercie klubów, przynajmniej tych, do których ja chodzę. Poluję więc na okazje ;)

13:44, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2009
Pokusa nie do odparcia!

 

Wyobrażacie sobie? Pod nosem (czyli tuż przy wejściu do redakcji) właśnie otworzyli taki sklep o wiele mówiącej nazwie POKUSA. Czekoladą pachnie z niego na dobre kilkanaście metrów! Opieram się, jak mogę, ale dziś w końcu do niego weszłam i to tuż przed obiadem. Na szczęcie oprócz słodyczy są tam soki, pieczywo i owoce.

Jestem z siebie dumna, bo udało mi się wyjść tylko z dwoma grahamkami i gruszką. Ale półki z czekoladą, cukierkami, ciasteczkami, bakaliami i innymi pokusami zakazanymi na diecie omijałam na wszelki wypadek wzrokiem. Mam nadzieję, że nie dam sobie radę z własnymi słabościami, choć na pewno nie będzie to łatwe: każdego dnia co najmniej dwa razy dziennie będę musiała obok tej Pokusy przejść.

14:22, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
Ach te gołąbki!

Maciej Chłodnicki:

Wreszcie mam namacalnych efekt diety. A nawet dwa. Po pierwsze, wyciągnąłem z szafy spodnie, których od dawna nie mogłem dopiąć no i okazało się, że w nie wchodzę. Nieżle. Drugi efekt, pewnie jeszcze ważniejszy to fakt, że spadł mi bardzo poziom cukru, co niepokoiło mnie bardziej niż waga.Jednak opornie to wszystko idzie. Postanowiłem dołożyć więc do diety cotygodniowe wizyty na hali sportowej. A co tam! Jak szaleć to szaleć.Z jedzeniem w dalszym ciągu tortury. Najgorzej jest podczas robienia zakupów. Kilka razy - muszę się przyznać szczerze - złamałem się. Ostatnio w ub. sobotę. Rodzina zażyczyła sobie żebym zrobił im gołąbki. No i zrobiłem. Niech mi ktoś powie jak można zrobić gołąbki nie próbując wcześniej farszu podczas jego doprawiania? Nie ma takich cudów. No i oczywiście musiałem popróbować jaki jest efekt końcowy.

Ciekawe co wymyśli rodzina na kolejny weekend. Nie mają dla mnie litości.

11:01, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2009
Baardzo aktywny weekend

Agata Kulczycka:

Kiedy zdecydowałam się przejść na dietę i opisywać to na blogu i w Gazecie, założyłam, że nie będę ćwiczyć na siłowni, bo tego nie znoszę, za to przetestuję kilka różnych form aktywności fizycznej i wybiorę coś co będzie mi najlepiej odpowiadać. Bardzo miałam ochotę na nordic walking. Już nawet jestem po rozmowie z instruktorami tego sportu, ale ciągle nie wybrałam się na trening. Grupa ma zajęcia późnym popoudniem, kiedy jest ciemno, a założyliśmy od razu, że po raz pierwszy spotkami się o takiej porze dnia, kiedy będzie można zrobić zdjęcia, bo pokazać je Czytelnikom. Miał to więc być weekend, a tu weekendy zimne takie, albo ja w pracy i nie poskładało się, czego oczywiście bardzo żałuję. Na pewno jednak naprawię i napiszę, jak to jest uprawiać nordic walking.

Za to w ostatni weekend w ramach aktywności fizycznej wybrałam się na godzinny cycling (w sobotę) i na basen (w niedzielę). I tak już zostanie. Cycling jest super. Na rowerze zawsze lubiłam jeździć, ale traktowałam to bardziej jako rekreację, niż sport i nie bardzo wierzyłam, że w ten sposób można tracić kalorie. Treningi na rowerze stacjonarnym, po okiem fachowego instruktora, okazały się baaardzo wyczerpujące i wcale nie są nudne: różne tempo, różne obciążenia, nawet pozycje się zmienia! Podobno podczas godzinnego intensywnego treningu spala się 1000 kcal. Jestem w stanie w to uwierzyć!

Mam nadzieję, że to w połączeniu z dietą przyniesie dobre rezultaty.

12:00, rzeszow-odwagi
Link Komentarze (1) »
środa, 18 marca 2009
Waga nie widzi mojej kiełbasy!

Agata Kulczycka:

Dziś na śniadanie miałam 2 bułki 100 g i 8 plasterków podsuszanej kiełbasy drobiowej. Nie wiedziałam, że kupując te składniki, będę miała takie przygody.

Po bułki poszłam do pobliskiej piekarni, która wypieka świetne tradycyjne pieczywo. Zwykle (przed dietą) kupowałam tam sztangielka z ziarnami. Poprosiłam więc sprzedawczynię, by zważyła ile taki sztangiel waży. Okazało się, że 150 g. Podziękowałam więc bardzo i poprosiłam o zwykłą bułkę, która - 1 szt. - w tej piekarni ma wagę 100 g. Moje prośby o podawanie wag produktów sprzedawczynię zaskoczyły - nie kryła zdzwiwienia spełniając kolejne moje prośby, a stojącego w kolejce mężczyznę w średnim wieku - rozbawiły do łez. Nie powstrzymał się od komentarzy, przerywanych salwami śmiechu: - A to pech! Nawet na ziarenka nie można sobie pozwolić. Na śniadanie musi wystarczyć postna bułka - śmiał się w kułak. No cóż, w rzeszowskim społeczeństwie zrozumienia do moich fanaberii dietowych nie znajdę i pogodzić się z tym muszę ;)

Nie do uwierzenia, że można jeść na śniadanie białą bułkę z masłem i kiełbasą i chudnąć!

Wcale niełatwiej poszło z kiełbasą. Kiedy poprosiłam o osiem plasterków, na wadze zobaczyłam komunikat: ”Za mała waga”. Ekspedientka wyjaśnia, że tak mało sprzedać nie może i zaczęła tłumaczyć, że musi się posługiwać taką niedokładną wagą. Poprosiłam więc o kolejne cztery plasterki, a waga w końcu zauważyła moją kiełbasę. Wyszłam zadowolona i o 10. w końcu mogłam się zabrać za śniadanie, które pobudzało moją wyobraźnię od kilku dni. Dawno nie jadłam na śniadanie buły z kiełbasą. Było pyszne!

13:53, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »

Przez ostatni tydzień nie wchodziłam na wagę. Tak na wszelki wypadek. To już trzeci tydzień diety. Podczas pierwszego waga spadała mi tak cudownie, że mnie to uskrzydlało i motywowało do stosowania diety. Do tego  zupełnie nie miałam apetytu, bo byłam chora. W efekcie po 10 dniach stosowania diety Vitalii, zupełnie bez dodatkowego wysiłku fizycznego, byłam o 4 kg chudsza.

Niestety, w kolejnym tygodniu waga nieco odbiła. Co więcej wrócił apetyt. Zdecydowałam, że jednak muszę dołączyć do diety wysiłek fizyczny. No i w niedzielę wybrałam się na dwugodzinny maraton: spinning na rowerkach stacjonarnych, tylko dla wtajemniczonych.

Po pierwszych 15 minutach plułam sobie w brodę: to szczyt głupoty na pierwszy raz (nie ćwiczyłam regularnie od blisko roku) wybrać się na dwugodzinny trening. Byłam pewna, że nie przetrwam do końca - padałam. Pot lał się ze mnie obficie, no było naprawdę ciężko. Na szczęście kolejne minuty były już łatwiejsze i cudownie dotrwałam do końca. Satysfakcja była tym większa, że po zakończonym treningu odebrałam gratulacje od trenera :)

W poniedziałek, jak należało się spodziewać, zakwasy miałam potworne: bolały mnie uda, plecy, nawet dłonie. Wbrew pozorom - nie pupa, bo większość treningu odbywała się na stojąco. Koleżanka poleciła mi polopirynę. Wzięłam, ale niewiele pomogło. We wtorek schodzenie ze schodów było koszmarem. Ale dziś (środa) jest już lepiej, a marzenie o kolejnym treningu mnie nie opuszcza.

09:27, rzeszow-odwagi
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2